Przejdź do treści
Zboczona.
Opowiadania

Garncarnia na Podwórzu

Ewa prowadzi pracownię ceramiczną na krakowskim Kazimierzu. W jeden czwartek na zajęcia przychodzi tylko Michał. Opowiadanie o dwojgu dorosłych, którzy mówią wprost, czego chcą, i o zmysłowości, która rodzi się z uważności.

Redakcja Zboczona7 min czytania
Wieczór przy świecach, notes i dwa kieliszki

Garncarnia na Podwórzu

Ewa miała trzydzieści osiem lat i od dziewięciu prowadziła małą pracownię ceramiczną w oficynie na Kazimierzu. W czwartki wieczorem uczyła dorosłych kręcić na kole. Zwykle przychodziło sześć osób, które po całym dniu przy komputerach chciały mieć glinę na rękach i przez dwie godziny nie myśleć o niczym.

W ten czwartek zapisała się tylko jedna osoba. Michał, trzydzieści pięć lat, architekt, jak napisał w formularzu. Resztę grupy odwołała grypa. Ewa mogła przełożyć zajęcia, ale stał już przygotowany kawałek gliny, a on napisał, że po pracy ma w głowie tylko tę godzinę.

„Jeśli wolisz inny termin, to w porządku”, powiedziała, kiedy wszedł. „Będziemy sami.”

„Wolę dziś”, odparł. „Jeśli tobie to nie przeszkadza.”

Pierwsza bryła

Pokazała mu, jak centrować glinę. Usiadł przy kole, a ona stanęła za jego plecami, żeby widzieć ruch jego dłoni. Glina zataczała się to w jedną, to w drugą stronę, a on śmiał się z siebie, bo przez dwadzieścia lat rysował proste linie, a tu nic nie chciało być proste.

„Za mocno dociskasz”, powiedziała. „Mogę?”

Kiwnął głową. Ewa położyła dłonie na jego dłoniach, wilgotne i śliskie od szlamu, i poczuła, jak jego palce na chwilę zamierają. Powoli cofnęła nacisk. Glina uspokoiła się, wzniosła w gładki stożek i zaczęła się obracać równo, bez drżenia.

„To jest jakaś magia”, powiedział cicho.

„To tylko cierpliwość”, odparła. Nie zdjęła rąk od razu. On też nie poruszył się ani nie odsunął. Koło kręciło się dalej, a w pracowni słychać było tylko szum wody i oddech dwojga ludzi, którzy zdali sobie sprawę, że przestali mówić o glinie.

Co mówią ręce

Zanim cokolwiek się wydarzyło, rozmawiali jeszcze godzinę. Michał opowiadał o budynkach, które projektuje, o klientach, którzy chcą wszystko szklane i nie rozumieją, dlaczego okna trzeba myć. Ewa o tym, jak po rozwodzie kupiła pierwsze koło używane i jak przez pół roku uczyła się z filmów, siedząc wieczorami na podłodze w kuchni.

Lubiła w nim to, że słuchał z uwagą, nie zerkając na telefon. Był w tym spokój, którego nie spotykała w ludziach zbyt często. Nie próbował jej zabawiać ani popisywać się wiedzą, tylko pytał i czekał na odpowiedź. Przy kolejnym kubku herbaty zorientowała się, że od dawna nie była tak rozluźniona w czyjejś obecności.

Powiedziała mu też coś, o czym zwykle nie mówiła nowym osobom. Że po rozwodzie długo nie dotykała nikogo, bo bała się, że straciła tę część siebie. Michał nie rzucił się z pocieszeniami. Powiedział tylko, że rozumie i że nic nie musi się dziś zdarzyć, jeśli ona nie chce, a pracownia i tak jest najładniejszym miejscem, w jakim od dawna był.

To zdanie przesądziło sprawę. Wiedziała już, że niezależnie od tego, co będzie dalej, czuje się przy nim bezpiecznie, a to dla niej było warunkiem wszystkiego innego.

Pytanie zadane wprost

Zdjęła dłonie, ale nie odeszła. Wytarła je w fartuch i spojrzała mu w twarz. Od dłuższego czasu uczyła ludzi cierpliwości i nie lubiła zgadywać, co kto sobie myśli.

„Michał, chcę ci coś powiedzieć wprost”, zaczęła. „Podobasz mi się i mam wrażenie, że to wzajemne. Jeśli się mylę, powiedz, a wrócimy do garnka i nikt nie będzie miał niezręcznego poczucia.”

Odetchnął, jakby odstawił coś ciężkiego. „Nie mylisz się”, powiedział. „Zastanawiałem się od kwadransa, jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak głupi tekst.”

„Powiedziałeś to bez tekstu”, uśmiechnęła się. „Wystarczy.”

Zapytała jeszcze, czy chce zamknąć drzwi na klucz, bo czasem ktoś z sąsiedniej pracowni zagląda po drodze, a on odpowiedział, że tak, bardzo chce. Przekręciła zamek i zgasiła górne światło. Zostały tylko dwie lampy przy ścianie, które rzucały ciepłe, żółte koło na podłogę.

Ręce w glinie

Nie spieszyli się. Najpierw umyła mu dłonie pod bieżącą wodą, palec po palcu, jakby to była część lekcji, a on stał bez ruchu i patrzył, jak woda spływa między jej palcami. Potem on umył jej. Powiedział, że ma ręce, które pamiętają każdy kształt, jaki tworzą, i że to go onieśmiela.

„Powiedz, jeśli coś ci nie pasuje”, szepnęła, kiedy sięgnął do guzików jej koszuli. „Mówię poważnie, w każdej chwili.”

„Ty też”, odpowiedział.

Rozpinał guziki wolno, a ona stała spokojnie, czując, że nie musi się niczym zasłaniać. Przy ostatnim zatrzymał się i zapytał, czy tak jest dobrze. Skinęła głową i sama zsunęła koszulę z ramion. Potem pomogła mu wyjść z jego swetra, bo wciąż miał na nim ślady szlamu, i oboje się roześmiali, że w tej pracowni nie da się zachować czystości.

Siedli na starej kanapie pod oknem, tej, na której zwykle leżały worki z glazurą. Całowali się długo, spokojnie, z uwagą, jakby uczyli się siebie od początku. Ewa lubiła, że on pyta, zanim zrobi coś nowego, i że nie traktuje zgody jak jednorazowej przepustki. Kiedy jego dłoń przesunęła się niżej, zapytał jeszcze raz, a ona odpowiedziała, że tak, właśnie tak, i że może zostać tam dłużej.

Dwie lampy i ciepło pieca

W pracowni było ciepło, bo od rana pracował piec, a mur oddawał jeszcze resztki żaru. Ewa czuła to na skórze, razem z jego oddechem przy szyi i ciężarem jego dłoni na biodrze. Zwolniła ruchy, żeby poczuć każdą chwilę, a on dostosował się do niej, jakby czytał jej ciało tak samo uważnie, jak wcześniej patrzył na obracającą się glinę.

Powiedziała mu, co lubi, bez zażenowania, krótko i konkretnie. Że wolniej. Że tutaj. Że jeszcze trochę. Słuchał i robił dokładnie to, o co prosiła, a gdy zapytał, czy tak jest dobrze, odpowiedziała, że tak, i że nie musi pytać co chwilę, bo usłyszy, jeśli coś się zmieni. Dla niej było to najbardziej uwodzicielskie, kiedy ktoś traktuje poważnie to, co mówi jej ciało.

Zauważyła, że nie ma w nim ani odrobiny pośpiechu. Dotykał jej tak, jakby miał całą noc, a ona uświadomiła sobie, że po raz pierwszy od lat nie liczy minut ani nie sprawdza w myślach, czy wygląda dobrze. Miała ciało, które znała, ręce, które lubiła, i kogoś, kto patrzył na nią z ciekawością, a nie z oceną. Zamknęła oczy i pozwoliła sobie po prostu być, a kiedy je otworzyła, zobaczyła, że on się uśmiecha.

„Co?”, zapytała.

„Nic”, powiedział. „Po prostu dobrze na ciebie patrzeć.”

Kiedy fala przyszła, była długa i spokojna, jak ruch koła, które powoli zwalnia. Ewa wtuliła twarz w jego ramię i przez chwilę nie mówiła nic. On trzymał ją, nie ponaglając, aż jej oddech wrócił do normy.

Potem ona zapytała, czego on chce, i dała mu tyle samo czasu i uwagi. Nie było w tym pośpiechu ani wyścigu, tylko ciepło, śmiech w niewłaściwych momentach i miękkie słowa szeptane w półmroku.

Rano, kiedy deszcz ustał

Nie został na noc, bo następnego dnia miał o ósmej spotkanie, ale zostawił jej swój numer zapisany ołówkiem na dnie pustej szklanki po herbacie. Uznała to za najbardziej romantyczny gest tego tygodnia. Wystarczył jej tylko krótki wieczór, żeby zrozumieć, jak bardzo brakowało jej kogoś, kto nie bałby się jej dotknąć, ale najpierw zapytałby, czy może.

Rano zrobiła sobie kawę, usiadła przy kole i długo patrzyła na wyschnięty ślad jego dłoni na wałku. Napisała do niego dopiero po południu, krótko, że dziękuje za wieczór i że w czwartek miejsce czeka. Odpowiedział po minucie, że już się nie może doczekać, a pod spodem dodał jeszcze jedno zdanie: że on też dziękuje i że tego dnia pierwszy raz od dawna nie myślał o pracy.

Czwartek wypadł słoneczny. Przyszedł z bagietką i małym słoikiem miodu, bo zapomniał, że w pracowni nie ma niczego do jedzenia. Tym razem w grupie było pięć osób i nikt nie zauważył niczego niezwykłego, poza tym, że Ewa uśmiechała się częściej niż zwykle, a Michał ani razu nie dopuścił, by glina uciekła mu spod palców.

Wypalone

Dużo później siedzieli owinięci jednym kocem i jedli suchy chleb z serem, bo nic więcej nie było w pracowni. Za oknem padał deszcz, a w piecu dogasał ogień. Michał obracał w palcach małą misę, którą Ewa zrobiła rano, jeszcze nie wypaloną, szarą i miękką.

„Mogę przyjść w przyszły czwartek?”, zapytał. „Na zajęcia. Jeśli oczywiście są jeszcze miejsca.”

„Dla ciebie zawsze znajdzie się jedno”, odparła. „Ale tylko pod warunkiem, że będziesz uczył się cierpliwości.”

„Mam z tym problem”, przyznał. „Ale chyba powoli się uczę.”

Wypalili jego krzywą, nierówną miskę w następnym tygodniu. Wyszła z pieca gładka, trochę przekrzywiona i bardzo piękna. Stoi dziś na parapecie w kuchni Ewy, w deszczowe dni pełna oliwek, a w słoneczne pusta, bo wtedy ona woli patrzeć, jak światło odbija się od glazury.

Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.

Więcej tekstów w dziale Opowiadania.

Przejdź do działu

Czytaj dalej