Druga randka
Pierwsza randka Igi i Olka skończyła się uściskiem dłoni przy tramwaju i trzema dniami zastanawiania się, czy w ogóle mu się podobała. Na drugą Iga przychodzi z planem, odwagą i jednym pytaniem, które zamierza zadać na głos.
Uścisk dłoni
Pierwsza randka była idealna, i właśnie to był problem.
Poznaliśmy się z Olkiem na warsztatach pieczenia chleba na zakwasie, na które zapisała mnie siostra, bo uznała, że mam dwadzieścia osiem lat i za dużo siedzę przed monitorem. Jestem programistką, piszę systemy dla banków i rzeczywiście siedzę przed monitorem, ale nie spodziewałam się, że przy stole do wyrabiania ciasta trafię na faceta z mąką na brwiach, który przez trzy godziny będzie mnie rozśmieszał opowieściami o swoim zakwasie, nazwanym Bogdan.
Olek ma trzydzieści lat i własną małą piekarnię na Ołbinie. Wstaje o trzeciej w nocy, ma ramiona od wyrabiania ciasta i najcieplejszy głos, jaki słyszałam. Zaprosił mnie na kawę tydzień później. Rozmawialiśmy cztery godziny, w kawiarni, potem na spacerze nad Odrą, potem na ławce, aż zrobiło się ciemno. Śmiałam się tak, że bolał mnie brzuch. Patrzyłam na jego usta. Czekałam.
A potem odprowadził mnie na tramwaj, uścisnął mi dłoń, powiedział „to było świetne, Iga” i poszedł.
Uścisnął. Mi. Dłoń.
Przez następne trzy dni analizowałam tę randkę jak kod, który nie chce się skompilować. Przeglądałam w głowie każdą minutę. Może za dużo mówiłam o pracy. Może za głośno się śmiałam. Może ta historia o moim byłym, który zostawił mnie dla instruktorki jogi, była za szczera jak na pierwsze spotkanie. Olek pisał do mnie codziennie, zabawnie i ciepło, wysyłał zdjęcia Bogdana w słoiku z podpisami w rodzaju „dziś w humorze” albo „dziś obrażony”. Ale o tramwaju ani słowa. Zaczynałam podejrzewać, że zostałam koleżanką od zakwasu.
Rada siostry
„Może jest nieśmiały” powiedziała moja siostra przez telefon, kiedy w czwartek wieczorem po raz piąty opowiadałam jej tę historię.
„Ma ramiona jak drwal i gada jak zawodowy komik. Nie jest nieśmiały.”
„To może nie chciał naciskać. Wiesz, są tacy faceci. Czekają, aż kobieta da jasny sygnał.”
„Patrzyłam na jego usta przez cztery godziny, Kaśka. Jaki sygnał jest jaśniejszy?”
„Słowa” powiedziała siostra spokojnie. „Słowa są jaśniejsze. Iga, jesteś dorosła. Jeśli chcesz, żeby cię pocałował, to mu to powiedz. Albo sama go pocałuj. Najgorsze, co może się stać, to że powie nie, i wtedy przynajmniej będziesz wiedziała.”
Rozłączyłam się i przez pół godziny gapiłam się w sufit. Potem napisałam do Olka, czy w sobotę wpadnie do mnie na kolację. Że zrobię makaron, a on może przynieść chleb.
Odpisał w trzy minuty: „Przyniosę Bogdana w najlepszej formie.”
Sobota, dziewiętnasta
Ugotowałam makaron z cukinią i cytryną, jedyne danie, którego nie da się u mnie zepsuć. Kupiłam wino, ale zostawiłam je w szafce, bo uznałam, że chcę mieć dziś bardzo jasną głowę. Postawiłam na stole dzbanek wody z miętą i dwa świeczniki. Przebrałam się trzy razy, w końcu włożyłam zieloną sukienkę, którą lubię, bo mam w niej wrażenie, że wiem, co robię.
Olek przyszedł punktualnie, z bochenkiem chleba owiniętym w lnianą ściereczkę, jeszcze ciepłym. W mieszkaniu od razu zapachniało skórką i czymś orzechowym. Stał w drzwiach w ciemnej koszuli, ogolony, z mokrymi jeszcze włosami, i wyglądał tak dobrze, że na sekundę zapomniałam, jak się mówi „wejdź”.
Jedliśmy przy oknie. Rozmowa szła tak samo łatwo jak za pierwszym razem, może nawet łatwiej. Opowiedział mi, jak o czwartej rano zepsuł mu się piec i jak ratował dwieście bułek w piekarniku sąsiadki z kamienicy. Ja opowiedziałam, jak w zeszłym tygodniu przez błąd w jednym przecinku cały system płatności pewnego banku przez godzinę myślał, że jest rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty. Śmiał się tak, że musiał odstawić szklankę.
A potem był deser, były lody, była dwudziesta pierwsza trzydzieści, a on nadal siedział po drugiej stronie stołu z dłońmi grzecznie na blacie.
Zmywanie
Zaproponował, że pozmywa, i nie dał się przekonać, że nie trzeba. Stanęliśmy przy zlewie ramię w ramię, on mył, ja wycierałam. Kuchnia jest u mnie wąska jak korytarz, więc co chwilę stykaliśmy się łokciami, biodrami, raz jego dłoń otarła się o moją przy podawaniu talerza i oboje zamarliśmy na pół sekundy, zanim on odchrząknął i zaczął opowiadać o tym, że w piekarni ma radio, które łapie tylko jedną stację, z piosenkami biesiadnymi.
Wycierałam ten sam kieliszek chyba przez minutę. Patrzyłam na jego przedramiona z podwiniętymi rękawami, mokre od piany, na żyły na wierzchu dłoni, na mąkę, której ślad został mu przy nadgarstku, mimo że przecież się mył przed wyjściem. Myślałam o tym, jak by to było, gdyby te dłonie położyły się na mojej talii. Wyobrażałam sobie to tak wyraźnie, że zrobiło mi się gorąco i musiałam otworzyć okno, udając, że to od zmywarki, której nie mam.
On zmywał dalej, gadał dalej, i ani razu nie spróbował niczego. Zaczęłam się zastanawiać, czy siostra nie ma racji, czy on po prostu nie czeka. Czy nie stoi tu obok mnie z tym samym pytaniem w głowie i z tym samym strachem, że źle odczyta. Kiedy zakręcił wodę i wytarł ręce, wiedziałam już, co zrobię.
Pytanie
Wzięłam oddech. Słowa, Iga. Słowa są jaśniejsze.
„Olek” powiedziałam. „Mogę cię o coś zapytać wprost?”
„Jasne.” Odłożył łyżeczkę.
„Dlaczego mnie wtedy nie pocałowałeś? Przy tramwaju.”
Zamrugał. Potem zrobił się czerwony, od szyi aż po uszy, i to było tak urocze, że prawie się roześmiałam.
„Bo nie wiedziałem, czy chcesz” powiedział. „Cały czas się śmiałaś, było świetnie, ale nie umiałem odczytać, czy to tak przyjacielsko, czy… Nie chciałem zgadywać. Kiedyś zgadłem źle i dziewczyna potem przez miesiąc unikała mnie w sklepie. Nie chciałem, żeby z tobą tak było. Pomyślałem, że jeśli będziesz chciała, to jakoś mi dasz znać.”
„Patrzyłam na twoje usta przez cztery godziny.”
„Myślałem, że mam coś między zębami. Dwa razy poszedłem do łazienki sprawdzić.”
Wybuchnęłam śmiechem. On też. Śmialiśmy się tak długo, że aż mi łzy pociekły, i kiedy w końcu się uspokoiliśmy, w kuchni było bardzo cicho, a on patrzył na mnie zupełnie inaczej.
„To daję ci znać” powiedziałam. „Chcę, żebyś mnie pocałował. Teraz. A potem chcę więcej, jeśli ty też chcesz. Ale wolniej, niż myślisz. I jeśli któreś z nas powie stop, to po prostu przestajemy i nikt się nie obraża.”
Olek patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Potem wstał, obszedł stół, przykucnął obok mojego krzesła, tak że nasze twarze były na tej samej wysokości.
„Chcę” powiedział. „Bardzo. Od warsztatów. Od kiedy nazwałaś Bogdana ambitnym.”
Bez zgadywania
Pocałował mnie powoli, ostrożnie, jak ktoś, kto wreszcie dostał pozwolenie i nie chce go zmarnować. Jego usta smakowały lodami waniliowymi. Jego dłonie pachniały chlebem. Wsunęłam palce w jego włosy i przyciągnęłam go bliżej, i to był ten pocałunek, na który czekałam od tramwaju, tylko lepszy, bo nie musiałam się zastanawiać, czy on go chce.
Okazało się, że Olek nie lubi zgadywać w żadnej sprawie. W sypialni pytał o wszystko. Czy może zdjąć mi sukienkę. Czy tak jest dobrze. Czy wolę tu, czy tam. Na początku mnie to rozśmieszało, potem rozczulało, a potem zauważyłam, że każde jego pytanie sprawia, że robi mi się goręcej, bo każde zmuszało mnie, żebym naprawdę poczuła, czego chcę, i powiedziała to na głos.
„Tak” mówiłam. „Wolniej. Tutaj. Nie przestawaj.”
Miał duże, ciepłe dłonie, które wiedziały, jak być cierpliwe. Wyrabiał moje ciało tak, jak wyrabia ciasto o czwartej rano, spokojnie, z uwagą, czując, kiedy jest gotowe. Kiedy całował moje biodra, a potem niżej, pytając wzrokiem, kiwnęłam głową i przestałam myśleć o czymkolwiek. Doszłam szybko, zaskoczona, ze śmiechem, który zamienił się w jęk, a on podniósł głowę i uśmiechnął się tak dumnie, jakby właśnie upiekł swój najlepszy chleb.
Potem ja chciałam poznać jego. Zapytałam, co lubi. Powiedział mi, rumieniąc się znowu, i to też było urocze. Kiedy w końcu byliśmy razem, całkiem blisko, patrzył mi w oczy i co jakiś czas pytał cicho „dobrze ci?”, a ja odpowiadałam, ciągnąc go mocniej do siebie, aż przestaliśmy potrzebować słów.
Potem leżeliśmy w poprzek łóżka, z nogami na ścianie, i rozmawialiśmy o głupotach. Że on nigdy nie był w Lizbonie, a ja nigdy nie piekłam chleba sama. Że oboje nie znosimy rodzynek. Że jego mama na pewno by mnie polubiła, bo też mówi za dużo, kiedy się denerwuje. Śmiałam się, z głową na jego brzuchu, i myślałam, że to jest najlepsza część, ta po, kiedy nikt już nie musi niczego udowadniać i można po prostu być.
Trzecia w nocy
Obudził mnie budzik w jego telefonie, o trzeciej. Jęknęłam w poduszkę.
„Przepraszam” szepnął, całując mnie w ramię. „Piekarnia. Bułki same się nie zrobią.”
„Wróć potem” wymamrotałam.
„Mogę?”
Otworzyłam jedno oko. Siedział na brzegu łóżka, w półmroku, zapinając koszulę, i patrzył na mnie z taką czułością, że aż mnie ścisnęło w gardle.
„Olek, przestań pytać o rzeczy, na które już ci powiedziałam tak.”
Uśmiechnął się. „Nie przestanę. Lubię, jak mówisz tak.”
Wrócił o ósmej rano, z torbą ciepłych drożdżówek i małym słoikiem. W środku był zakwas. Mała porcja Bogdana, specjalnie dla mnie, z karteczką przyklejoną do wieczka: „Karmić codziennie. Lubi, jak się do niego mówi.”
Zadzwoniłam do siostry przy śniadaniu.
„No i?” zapytała Kaśka.
„Miałaś rację” powiedziałam z pełnymi ustami. „Słowa są jaśniejsze.”
Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.
Więcej tekstów w dziale Opowiadania.
Przejdź do działu