Deszcz w Krakowie
Zofia ma trzydzieści jeden lat, ręce pachnące terpentyną i zasadę, że nie umawia się z nieznajomymi. W czerwcową ulewę, w bramie na Kazimierzu, ta zasada zaczyna jej się wydawać zupełnie niepotrzebna.
Brama na Józefa
Deszcz przyszedł nad Kraków nagle, jak to bywa w czerwcu, kiedy przez cały dzień niebo udaje niewinne, a potem o osiemnastej pęka na pół. Zofia wyszła z pracowni przy Bożego Ciała z teczką szkiców pod pachą i zdążyła zrobić dwadzieścia kroków, zanim pierwsze ciężkie krople rozbiły się na bruku jak monety.
Wbiegła w pierwszą otwartą bramę na Józefa, starą, z łukowym sklepieniem i odrapanymi płytkami na podłodze. Ktoś już tam stał. Mężczyzna w lnianej koszuli przemoczonej na ramionach, z płócienną torbą, z której wystawały jakieś narzędzia. Odsunął się, żeby zrobić jej miejsce pod suchym fragmentem sklepienia.
„Pięć minut i przejdzie” powiedział.
„Mówi pan jak prognoza pogody, która zawsze się myli.”
Roześmiał się. Miał przyjemny śmiech, niski, trochę chropowaty. Stali obok siebie i patrzyli na ulicę, która w ciągu minuty zamieniła się w rzekę. Woda płynęła rynsztokami, bulgotała w rynnach, stukała o parapety. Pachniało mokrym kamieniem, kurzem zmywanym z bruku i lipą, która kwitła gdzieś na podwórzu za ich plecami.
Dłonie rzemieślnika
Po pięciu minutach nie przeszło. Po piętnastu też nie. Zaczęli rozmawiać, najpierw o pogodzie, potem o niczym, potem o wszystkim.
Miał na imię Leon, trzydzieści cztery lata i warsztat na Podgórzu, w którym naprawiał stare fortepiany. Właśnie wracał od klientki z Kazimierza, która miała w salonie przedwojenny instrument po babci, z pękniętą płytą rezonansową. Zofia powiedziała mu, że jest konserwatorką i od trzech miesięcy odnawia polichromię w kaplicy kościoła po drugiej stronie ulicy, centymetr po centymetrze, na kolanach na rusztowaniu.
„Czyli oboje przywracamy rzeczy do życia” powiedział.
„Brzmi to bardziej romantycznie, niż wygląda. Najczęściej jestem cała w pyle i bolą mnie plecy.”
Spojrzał na jej dłonie. Miała na palcach ślady ochry i błękitu, których nie zmyła żadnym mydłem. Wyciągnął swoją rękę obok jej, wnętrzem do góry, i Zofia zobaczyła na niej podobne ślady, ciemne od politury, odciski od kluczy do strojenia, drobne, zabliźnione nacięcia.
„Wygląda na to, że mamy ten sam problem” powiedział.
Nie dotknęli się. Ale te dwie dłonie, jedna obok drugiej w półmroku bramy, wyglądały jak para, i Zofia poczuła ciepło, które zaczęło się w nadgarstku i poszło w górę ramienia, na kark, do policzków.
Rozmawiali o tym, jak to jest pracować rękami w świecie, w którym wszyscy pracują w ekranach. Leon opowiadał, że każdy fortepian ma swój charakter, że jedne są uparte, a inne łagodne, i że czasem trzeba z instrumentem posiedzieć w ciszy, zanim się go dotknie. Zofia opowiadała o świętej Barbarze ze ściany kaplicy, której twarz odsłaniała od tygodnia spod dziewiętnastowiecznego przemalowania, i o tym, jak dziwnie jest patrzeć w oczy komuś, kogo namalowano czterysta lat temu. Słuchał tak, jakby to była najciekawsza historia, jaką słyszał w tym roku. Pytał o szczegóły, o pigmenty, o to, skąd wie, kiedy przestać. Nikt jej o to nigdy nie pytał.
„Kiedy przestać?” powtórzyła. „Kiedy czuję, że następny ruch może coś zabrać, zamiast odsłonić. Wtedy odkładam skalpel i idę na kawę.”
„U mnie tak samo” powiedział. „Najtrudniejsze w tej pracy jest nie robić za dużo.”
Herbata u niej
Po czterdziestu minutach deszcz zelżał, ale tylko trochę. Zofia mieszkała dwie ulice dalej, na Meiselsa, w mieszkaniu na poddaszu z oknami w dachu. Leon miał do Podgórza dwadzieścia minut piechotą przez most.
„Zmoknie pan do suchej nitki” powiedziała.
„Już zmokłem.”
Zawahała się. Miała zasadę, prostą i rozsądną: nie zaprasza do domu ludzi poznanych godzinę wcześniej. Ale ta godzina w bramie była dziwnie długa, dłuższa niż niejedna randka, i przez cały ten czas Leon ani razu nie przysunął się bliżej, niż pozwalało miejsce, ani razu nie powiedział niczego, co by ją spięło.
„Mogę zrobić herbatę” powiedziała. „Tylko herbatę. I ręcznik. A potem zobaczymy, czy przestało.”
„Tylko herbata brzmi świetnie” odpowiedział i widać było, że mówi serio.
Pobiegli razem, przeskakując kałuże, śmiejąc się, mokrzy do kości. Na schodach kamienicy, na czwartym piętrze, Zofia zatrzymała się z kluczem w dłoni i przez sekundę zastanawiała się, co robi. Potem otworzyła drzwi.
Poddasze
Jej mieszkanie było jednym dużym pokojem pod skośnym dachem, z kuchnią za regałem i łóżkiem pod oknem dachowym, po którym spływał teraz deszcz. Na ścianach wisiały jej szkice, kopie fragmentów fresków, aniołowie z odpadającymi skrzydłami, święte z twarzami, które właśnie odkrywała spod warstw farby.
Leon stał na środku pokoju, kapiąc wodą na drewnianą podłogę, i oglądał je w milczeniu. Zofia podała mu ręcznik i suchą koszulkę po bracie, za dużą na nią i trochę za małą na niego. Odwróciła się, kiedy się przebierał, i patrzyła na czajnik tak uważnie, jakby był najciekawszym przedmiotem na świecie.
Przez chwilę żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. Zofia słyszała własne serce, szybsze niż na schodach. Leon przeglądał grzbiety książek na półce, albumy o sztuce sakralnej, kryminały, poradnik o uprawie pomidorów na balkonie, i uśmiechał się pod nosem.
Pili herbatę z miodem, siedząc na podłodze pod oknem dachowym, i słuchali deszczu. Z bliska był głośny i jednostajny, jak oddech kogoś, kto śpi obok.
„Pięknie tu” powiedział Leon. „Jak w środku instrumentu.”
Zofia spojrzała na niego. Siedział z kubkiem w obu dłoniach, w koszulce po jej bracie, z mokrymi włosami opadającymi na czoło, i patrzył na nią tak, jak ona patrzyła na fresk, w którym spod szarości wyłania się nagle kolor. Uważnie. Z czułością. Z cierpliwością kogoś, kto wie, że najlepsze rzeczy odsłaniają się powoli.
Warstwy
„Leon” powiedziała. „Powiedziałam, że tylko herbata.”
„Pamiętam.” Odstawił kubek. „I dotrzymam. Jeśli chcesz, żebym poszedł, pójdę. Deszcz i tak słabnie.”
„Nie chcę, żebyś poszedł. Chcę zmienić zdanie co do tej herbaty.”
Patrzył na nią chwilę, jakby sprawdzał, czy dobrze usłyszał. „Jesteś pewna?”
„Jestem. Ale idźmy powoli. I gdybym powiedziała stop, to stop.”
„Powoli i stop” powtórzył cicho, jak ktoś, kto zapisuje sobie instrukcję. Potem wyciągnął rękę i dotknął jej dłoni, tej z plamami ochry, opuszkami palców, delikatnie, jak klawisza, który się sprawdza.
Pocałowała go pierwsza. Smakował miodem i deszczem. Jego dłonie objęły jej twarz, ostrożnie, jakby była czymś kruchym i bardzo starym, i Zofia pomyślała, że tak właśnie dotyka się rzeczy, które się kocha i których nie chce się zniszczyć.
Rozbierali się nawzajem bez pośpiechu, jak ktoś, kto zdejmuje warstwy farby: jedna, druga, trzecia, i pod każdą coś nowego. Jej mokra bluzka. Jego koszulka po bracie. Jej spódnica, która przykleiła się do ud. Za każdym razem pytał wzrokiem, a ona odpowiadała, kiwając głową albo prowadząc jego dłoń. Kiedy była już naga, w szarym świetle z okna dachowego, Leon odsunął się trochę i patrzył na nią, a ona pozwoliła mu patrzeć i nie zakryła się, chociaż odruch był.
„Jesteś piękna” powiedział. Po prostu, bez ozdobników.
Pod oknem dachowym
Położyli się na łóżku pod szybą, po której płynęła woda, i światło przesuwało się po ich ciałach jak żywe. Leon całował ją powoli, od ramion w dół, i miał rację, że to jak strojenie instrumentu. Szukał. Słuchał. Wracał tam, gdzie jej oddech się zmieniał. Kiedy jego usta znalazły wnętrze jej ud, Zofia wplotła palce w jego mokre włosy i powiedziała mu, czego chce, słowami, których nigdy wcześniej nie wypowiadała na głos przy kimś, kogo znała tak krótko. Nie było jej wstyd. Było jej dobrze.
Przyjemność przyszła jak ta ulewa: najpierw ciężkie, pojedyncze krople, potem nagle wszystko naraz, aż drżała pod nim, z otwartymi ustami, patrząc w niebo za szybą. Potem przyciągnęła go do siebie i chciała go całego, i powiedziała to, a on zapytał jeszcze raz, czy na pewno, i dopiero kiedy powiedziała tak po raz drugi, wszedł w nią powoli, patrząc jej w oczy.
Kochali się długo, w rytmie deszczu, który słabł i wracał. Zofia miała wrażenie, że czas w tym pokoju przestał płynąć normalnie, że rozciągnął się jak smuga farby pod pędzlem. Kiedy Leon w końcu oparł czoło o jej ramię, oddychając ciężko, ona głaskała go po plecach i słuchała, jak na dachu cichnie.
Po deszczu
Przestało padać po dziesiątej. Przez okno dachowe zobaczyli kawałek czystego, granatowego nieba i jedną gwiazdę. Z podwórza dochodził zapach mokrej lipy, mocniejszy niż przed burzą.
Leon leżał na boku i wodził palcem po plamach ochry na jej dłoni, jakby chciał je zapamiętać.
„Przestało” powiedział. „Mogę już iść, jeśli chcesz.”
Zofia leżała z głową na jego ramieniu i czuła, jak jej ciało jest ciężkie, ciepłe i zupełnie spokojne, jakby ktoś zdjął z niej warstwę zmęczenia, którą nosiła od miesięcy. Słyszała bicie jego serca, coraz wolniejsze. Na podłodze leżały ich mokre ubrania, splątane w jeden ciemny kłąb, a kubki po herbacie stały pod oknem, zimne i zapomniane.
Zofia pomyślała o swojej zasadzie. Pomyślała, że zasady są jak warstwy farby: czasem chronią to, co pod spodem, a czasem tylko je zasłaniają.
„Zostań do rana” powiedziała. „A rano pokażesz mi ten fortepian z pękniętą płytą. Chcę zobaczyć, jak przywracasz rzeczy do życia.”
Uśmiechnął się w ciemności. „A ty pokażesz mi swoich aniołów.”
„Na rusztowaniu, w pyle?”
„Na rusztowaniu, w pyle.”
Zasnęli, kiedy nad Kazimierzem zaczęło szarzeć. Bruk na Józefa był jeszcze mokry, rynny kapały powoli, a w bramie z łukowym sklepieniem nie stał już nikt.
Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.
Więcej tekstów w dziale Opowiadania.
Przejdź do działu