Przejdź do treści
Zboczona.
Opowiadania

Sąsiadka z góry

Julia od roku słucha przez sufit, jak sąsiadka z góry gra na wiolonczeli, i zna jej muzykę lepiej niż jej twarz. Pewnego listopadowego wieczoru z sufitu zaczyna kapać woda, a ona wchodzi piętro wyżej, nie wiedząc, że wraca dopiero rano.

Redakcja Zboczona7 min czytania
Kobieta w satynowym szlafroku przy toaletce

Muzyka przez sufit

Mieszkam na trzecim piętrze starej kamienicy na Ochocie, w mieszkaniu z wysokimi sufitami, piecem kaflowym, którego nikt nie używa, i oknami, które zimą trzeba uszczelniać ręcznikami. Mam dwadzieścia dziewięć lat, tłumaczę powieści z hiszpańskiego i pracuję w domu, więc znam wszystkie dźwięki tego budynku. Pana Henryka z parteru, który o siódmej trzaska drzwiami. Psa z drugiego piętra, który szczeka na listonosza. I ją.

Nie wiedziałam, jak ma na imię, przez prawie rok. Wiedziałam tylko, że codziennie około szesnastej nade mną zaczyna grać wiolonczela. Najpierw gamy, uparte i powolne, potem utwory. Bach, zawsze Bach na rozgrzewkę, potem coś, czego nie znałam, coś smutnego i ciemnego, co sprawiało, że przestawałam stukać w klawiaturę i siedziałam z dłońmi na kolanach. Wyobrażałam sobie, jak wygląda kobieta, która tak gra. Wyobrażałam sobie jej dłonie.

Mijałyśmy się czasem na schodach. Wysoka, z krótkimi ciemnymi włosami, w długim płaszczu, z futerałem na plecach jak drugim, większym ciałem. Mówiłyśmy sobie dzień dobry. Raz przytrzymała mi drzwi, kiedy niosłam zakupy, i uśmiechnęła się tak, że przez resztę dnia tłumaczyłam ten sam akapit trzy razy.

Rzeczy, których się nie mówi

Przez ten rok nauczyłam się jej rozkładu dnia lepiej niż własnego. Wiedziałam, że w środy wraca późno, bo ma próby, a w niedziele nie gra wcale, tylko słucha płyt, coś z dużą ilością smyczków. Wiedziałam, że kiedy gra coś wesołego, to znaczy, że ktoś do niej przyszedł, bo wtedy słychać było też śmiech i stukanie kieliszków, a ja siedziałam pod spodem z dziwnym, małym ukłuciem, którego nie umiałam nazwać.

Mojej przyjaciółce Weronice opowiadałam o niej żartem. „Moja sąsiadka z góry” mówiłam, „ta od wiolonczeli”, jakbym mówiła o serialu. Weronika raz spojrzała na mnie znad wina i powiedziała, że o żadnym serialu nie mówię z takimi oczami. Zmieniłam temat. Tłumaczyłam wtedy powieść o dwóch kobietach w Sewilli, które przez trzysta stron udają przed sobą, że są tylko przyjaciółkami, i za każdym razem, kiedy jedna z nich dotykała drugiej dłoni, musiałam wstać i zrobić sobie herbatę.

Woda

Był listopadowy wtorek, kiedy z sufitu w mojej łazience zaczęło kapać. Najpierw jedna kropla, potem druga, potem cienka strużka przy lampie. Wbiegłam na górę w kapciach i swetrze, z sercem w gardle, i zapukałam mocniej, niż chciałam.

Otworzyła w szlafroku, z mokrymi włosami. Za nią, w łazience, szumiała woda.

„Pani mnie zalewa” powiedziałam, i zabrzmiało to tak dramatycznie, że obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

Okazało się, że pękł wąż od pralki. Zakręciłyśmy zawór razem, klęcząc na mokrych kafelkach, ona klęła po francusku, ja podawałam ręczniki. Kiedy skończyłyśmy, obie byłyśmy przemoczone do kolan. Przedstawiła się. Kaja. Trzydzieści dwa lata, gra w orkiestrze kameralnej i uczy w szkole muzycznej dla dorosłych. Przeprosiła chyba dziesięć razy i powiedziała, że musi mi zrobić herbatę, bo inaczej nie zaśnie z poczucia winy.

Jej mieszkanie było lustrzanym odbiciem mojego, tylko pełniejszym. Nuty na każdej płaskiej powierzchni, rośliny w doniczkach, stary dywan, lampa z abażurem w kolorze miodu. Wiolonczela stała w rogu salonu, oparta o krzesło, i wyglądała jak ktoś, kto słucha naszej rozmowy.

Bach na dwie

Piłyśmy herbatę z imbirem, siedząc na podłodze, bo kanapa była zawalona partyturami. Powiedziałam jej, że słucham jej codziennie. Zarumieniła się, co zupełnie nie pasowało do jej poważnej twarzy.

„Przepraszam. Nie wiedziałam, że tak słychać.”

„Nie przepraszaj. To najlepsza część mojego dnia.”

Powiedziałam to bez zastanowienia i od razu poczułam, jak gorąco wchodzi mi na policzki. Kaja patrzyła na mnie dłuższą chwilę. Potem wstała, wzięła wiolonczelę i usiadła na krześle naprzeciwko mnie.

„W takim razie zagram dla ciebie, a nie przez sufit” powiedziała.

Zagrała to ciemne, smutne, czego nie znałam. Z bliska brzmiało zupełnie inaczej. Czułam dźwięk w mostku, w brzuchu, w udach, jakby ktoś głaskał mnie od środka. Patrzyłam na jej dłonie. Lewa przesuwała się po gryfie pewnie i miękko, prawa prowadziła smyczek tak, jakby to był oddech. Miała zamknięte oczy. Ja nie mogłam zamknąć swoich.

Kiedy skończyła, w pokoju zrobiło się bardzo cicho. Słychać było tylko kapanie wody z jej mokrych włosów na drewnianą podłogę.

„Co to było?” zapytałam szeptem.

„Coś, co napisałam sama. Nikt tego jeszcze nie słyszał.”

To pytanie

Odstawiła wiolonczelę i usiadła obok mnie na podłodze, blisko, ale bez dotykania. Czułam ciepło jej ramienia przez dwa centymetry powietrza.

„Julia” powiedziała. Pierwszy raz wymówiła moje imię i zrobiła to powoli. „Mogę cię o coś zapytać wprost?”

„Możesz.”

„Od kilku miesięcy, kiedy mijamy się na schodach, myślę o tym, jak by to było cię pocałować. Nie wiem, czy ty w ogóle lubisz kobiety. Nie chcę, żeby było ci niezręcznie. Jeśli nie, powiedz, wypijemy herbatę i będę ci dalej grać przez sufit.”

Serce waliło mi tak, że pewnie słyszała. Kiedyś, na studiach, całowałam się z dziewczyną na imprezie i potem przez lata udawałam przed sobą, że to nic nie znaczyło. Wiedziałam, że znaczyło. Wiedziałam też, że od roku słucham kobiety przez sufit i wyobrażam sobie jej dłonie.

„Lubię” powiedziałam. „I chcę. Bardzo chcę.”

Uśmiechnęła się tym samym uśmiechem co przy drzwiach na dole i pocałowała mnie. Delikatnie, z pytaniem w ustach. Odpowiedziałam jej mocniej, niż sama się spodziewałam, i usłyszałam, jak cicho się śmieje przy moich wargach.

Jej dłonie

Te dłonie, o których myślałam od miesięcy, okazały się ciepłe i trochę szorstkie na opuszkach, od strun. Przesuwała je po mojej twarzy, po szyi, pod sweter, po żebrach, zatrzymując się co chwilę, jakby słuchała, czy dźwięk jest czysty.

„Tak?” pytała.

„Tak” odpowiadałam, i za każdym razem było mi łatwiej.

Zaprowadziła mnie do sypialni, w której pachniało lawendą i kalafonią. Zdejmowałyśmy z siebie mokre ubrania, plącząc się w rękawach, śmiejąc się z tego, jak niezgrabnie to idzie, i nagle przestało być niezgrabnie. Położyła mnie na pościeli i patrzyła na mnie z góry, na moje piersi, brzuch, biodra, z takim zachwytem, że przestałam myśleć o tym, czy podoba jej się to, co widzi. Było widać, że się podoba.

Kaja całowała mnie wszędzie, bez pośpiechu, jakby grała coś bardzo długiego i miała zamiar zagrać to do końca. Mówiła mi, co zamierza zrobić, zanim to zrobiła, i czekała na moje „tak”. Kiedy jej usta zeszły niżej, wplotłam palce w jej krótkie włosy i przestałam rozpoznawać własny głos. Znała rytm. Oczywiście, że znała rytm. Prowadziła mnie przez crescendo, zwalniała, kiedy byłam już blisko, wracała, aż w końcu nie mogłam już niczego wstrzymać i rozpadłam się pod nią na tysiąc czystych dźwięków.

Potem ja chciałam poznać ją. Zapytałam, co lubi, a ona powiedziała mi szczerze, bez wstydu, prowadząc moją dłoń. Uczyłam się jej szybko, z ciekawością, z czułością, która mnie samą zaskoczyła. Kiedy doszła, przytrzymała moją rękę i szepnęła moje imię, tym samym powolnym tonem co wcześniej.

Rano

Obudziłam się w jej łóżku o siódmej, kiedy na dole pan Henryk trzasnął drzwiami. Kaja spała na brzuchu, z ręką na moim biodrze. Przez okno wpadało szare, listopadowe światło. W łazience wciąż leżały mokre ręczniki.

Leżałam chwilę bez ruchu i patrzyłam na jej plecy, na łopatki, na drobny pieprzyk pod karkiem. Czekałam, aż przyjdzie wstyd albo panika, to znajome uczucie z czasów studiów, kiedy rano po tamtej imprezie udawałam, że nic się nie stało. Nie przyszło. Przyszło coś zupełnie innego: spokój i głód naraz, jak po długim spacerze, kiedy człowiek jest zmęczony i szczęśliwy, i chce jeszcze. Pomyślałam, że przez trzysta stron tłumaczyłam kobiety, które bały się powiedzieć jedno zdanie, a mnie wystarczyło jedno „tak”.

Wyślizgnęłam się z pościeli, zrobiłam dwie kawy w jej kuchni, w której wszystko było nie tam, gdzie u mnie, i wróciłam do łóżka. Obudziła się, kiedy postawiłam kubek na stoliku.

„Zostałaś” powiedziała, jakby nie była pewna, czy tak będzie.

„Ty mnie zalałaś. Należy mi się co najmniej śniadanie.”

Śmiała się długo, z twarzą w poduszce. Potem usiadła, wzięła kubek i zapytała, czy przyjdę dziś o szesnastej. Że będzie grać. Że może tym razem nie przez sufit.

Przyszłam. I następnego dnia też. Hydraulik naprawił jej pralkę w czwartek, ale plama na moim suficie została i nie zamierzam jej malować. Kiedy na nią patrzę, przy myciu zębów, uśmiecham się jak idiotka. Wieczorami, kiedy Kaja gra, siedzę już nie przy biurku piętro niżej, tylko na jej dywanie, z bosymi stopami i kubkiem herbaty, i patrzę na jej dłonie. Wiem już dokładnie, co potrafią.

Któregoś grudniowego wieczoru Kaja posadziła mnie na krześle, na którym zwykle siedzi sama, i postawiła wiolonczelę między moimi kolanami. Stanęła za mną, objęła mnie ramionami, położyła swoją dłoń na mojej, na smyczku, i drugą na moich palcach na gryfie.

„Nie umiem” powiedziałam.

„Wiem. Nie musisz umieć. Poczuj.”

Prowadziła moje ręce i z instrumentu wyszedł niski, drżący dźwięk, który poczułam w całym ciele, od ud po gardło. Jej oddech był przy moim uchu. Jej piersi przy moich plecach. Zagrałyśmy razem jedną długą, krzywą frazę, a potem ona odłożyła smyczek, odchyliła mi głowę i pocałowała mnie w szyję, w to miejsce, które, jak już wiedziała, sprawia, że zapominam, jak się mówi.

„Jeszcze jedna lekcja?” zapytała.

„Jeszcze wiele” odpowiedziałam.

Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.

Więcej tekstów w dziale Opowiadania.

Przejdź do działu

Czytaj dalej